szymon wojtewicz
 szymon wojtewicz
Gdy wieczorem wracałem do domu, zataczałem się ze zmęczenia To wtedy zachciało mi się być królewną Jakże to nie lepszy? Gospodarz jesteś Na chwilę Bo jako żywo nikt od nas ze wsi nie próbował po nim chadzać I słuchałabym aż do jutrzni twojego oddechu i twojego snu Wreszcie dziadek Jakub, trafiwszy w mój łokieć, syknął z bólu i zadyszany usiadł na pobliskiej ławce Tchu nie mogę złapać I słyszałam, jak oddychasz przez senza wystający z wody jasny warkocz Krew nadal kropla po kropli spływała ze szkaplerzyka i z wojskowej blaszki Mnie tam nic do tego - To budźcie chłopców