jablonski mariusz
 jablonski mariusz
Na suche, jakby zdjęte prosto z igły niebo wyskakiwały zielone gałęzie wody Gdy cofnęliśmy się w las, nadal krążył nad nami, ostrzeliwując lasek z karabinu maszynowego I zrywa się na cztery nogi, i biegnie truchcikiem pod kwitnącym sadem, a z sadu galopem w białą koniczynę Z tego lasu, z jego fioletu, przychodził zawsze pierwszy śnieg i pierwszy mróz Gdy łapiąc się za głowę, krzyknął: A gdy listonoszowi głowa uskoczyła w bok, uderzył jeszcze raz i jeszcze przysypał ziemią Daleko przed sobą, za Wisłą, za złotymi wzgórzami, na które sypał się zmierzch, widziałem pomniejszony do komara skrzydlaty młyn Schwyciłem go za gołą piętę i przywlokłem na wiązkę siana Tańczono przeważnie odbijanego I nie z tych Mojżeszów, co to po dnie morza suchą stopą szli Na tym niebie, gdy mrużyłem oczy, widziałem nawet pomordowanych Szedłem za nimi, obejmując wpół Marysię Pomagając jej uczesać i zapleść w warkocz przesypane popiołem włosy i całując jej ręce, szepnąłem: