87540999kloI nocą, boso, na palcach, żeby nie zbudzić psa, kreta śpiącego pod świeżym kopcem, wędrującej z zorzy wieczornej mrówki, żeby nie poruszyć listka na topoli, podchodziłabym pod twoją stodołę Płakał - A jakżebyś chciał, bratku Nie mogę powiedzieć, żebym uprzednio nie spotykał się z nią Podwijając spodnie za kolana, weszliśmy do wody Pobiegliśmy ze Stachem w stronę najbliższego działka Zawsze się bałam Pies, kręcący się pod sadem, biegał koło mnie naszczekując Gdy mu opowiedziałem w nocy w stodole, zaśmiał się cichutko i waląc mnie pięścią w plecy, rzekł: A gdy przestawało szeptać siano, zaczynała koniczyna Jeszcze nikt nie wie, że mam dwa karabiny Nie puszczę cię Słyszałem jeszcze, jak koło kuźni szczeka pies, a nad rzeką, pachnącą aż tu pod sad rozciętą nożem rybą, krzyczy duszony przez łasicę lub wodnego szczura ptak Ci pławiący konie i ci skaczący z brzegu darli się wniebogłosy