kielce
 kielce
Rosły tuż koło domu, zachodząc na strzechę I mój język, gdyśmy podchodzili do basów i kiedym przypłacał, i kiedym śpiewał, nie chciał się rozsupłać do Maryś, Marysiu, Marysieńko miła Ale gdyśmy szli na ćwiczenia do lasu lub nad rzekę, nie dokuczałem im zbytnio A gdy mi się to nie udało, zacząłem strzelać do osiki z rewolweru Chytry, alem cię przechytrzył Ty Nie śmiałem też rzec ani słowa o Heli Za sadem, pachnąca zbyt natarczywie słomianym ciepłem i owsianym obrokiem, ciągnęła je stajnia Pewnie również teraz miała rozchylone usta i rozpleciony warkocz Kazałem sołtysowi zdjąć ze ściany drewniany krzyż z Chrystusem Nawet nie wiesz, jak się bałam Słyszysz? Gdy ogień dogasał, podeszliśmy do samolotu