huana
 huana
Wierzyłem jej, że w zwiastowanym nam wzgórzu porusza się ono, nasze Zobaczyłem jego prawie czarny kark Wyraźnie bielały Postrzelamy do niej - Że to my? Że ja? Chytry, alem cię przechytrzył I musisz się ukorzyć A gdy się odrobiłem i rozjechane w tysięczne koleiny drogi, ściągnięte mrozem, zadzwoniły pod okutymi kołami, wybraliśmy się z Jaśkiem do pobliskiego miasteczka I upadając na kolana bełkotał, że ma troje dzieci, że on me winien, że mu kazali Mimo woli stanąłem na baczność I pierwszy raz od dzieciństwa, idąc na kolanach po tym piachu, wykapanym z gromnicy, zapadającym się pode mną, pachnącym spalenizną, igliwiem i Ziemią Obiecaną, modliłem się żarliwie, żeby mi się nie zjawiał więcej ani Jasiek, ani Stach, ani Mojżesz Wprawdzie nadal przypominał owych młodzieniaszków z leśnego przysiółka, których w czasie długotrwałej suszy golono brzytwą do gołej pały, smarowano gęsim sadłem i całymi dniami kazano im klęczeć koło przydrożnej kapliczki i śpiewać pokutne psalmy, ale nie dymiło mu się z głowy i nie czuć go było wzbierającą błyskawicą po błyskawicy burzą