allan holdsworth
 allan holdsworth
Chciałem go schwycić zębami Od tamtego września Rozwarłem dłoń - Leć tam, gdzie zawsze Obok nas, w portkach sięgających do połowy łydki biegł chłopak Jeśli na struganych szprychach i dzwonach wyskakiwały niespodziewanie sęki, brałem do rąk kawałki przyszłej mojej bryczuszki i tak je kazałem wiązać kowalowi, żeby tworzyły widziany tylko we śnie wzór, dodający tajemnego piękna całemu kołu - Kiedy wyjdę z domu, rzuć je królikom Tuż nad fabrycznymi zabudowaniami, na rozkopanym kartoflisku, płonął wybuchając co chwila samolot W jego twarzy z czarnego dębu zobaczyłem Ziemię Obiecaną i wesele w Kanie Galilejskiej, i to ciało przebite na wylot i zgruchotane kołkiem - Żeś zabił listonosza, sołtysa zza wody, policjanta i że jeszcze wieluś zabił Wreszcie opuszczając ręce wzdłuż biodra, wykrzyknął: Cofając rękę za siebie, wtuliłem się w ten wykapany z ogromnej gromnicy piasek Gdziekolwiek się ruszę, wszędzie idą przede mną, za mną, we mnie i przeze mnie baby, baby, baby Nie było wśród nich Mojżesza Ponieważ prawie od roku przy każdym posiłku obok miski zawsze leżała łyżka ojca, matka wzięła ją ze stołu, obtarła w fartuch i dała mi ją na drogę