�l�skie kuratorium o�wiaty
 �l�skie kuratorium o�wiaty
Wyszedłem za nim - Jak to skąd? Wszyscy o tym wiedzą I zostałam dzisiaj z tobą I grałbyś przez calutką noc, i śpiewał, póki by nie wyszła na próg i za tobą jak za świętym, jak za czarodziejem, wzdychając, nie poszła Ale utrafił Żeby rozmowa się nie przedłużała, wyciągnąłem niepostrzeżenie butelkę z kieszeni i stawiając ją na stole, spojrzałem na sołtysa O tym Chrystusie, połamanym dębową pałką, przekłutym włócznią, śpiewałem wielkopostną pieśń Jeszcze później, gdy w sieczkarni ciąłem słomę, próbowałem wziąć naręcze siana lub schylić się po koszyk ziemniaków, urywały się rękawy u moich koszul, a spodnie, jakbyś je chlasnął nożem, pękały na pośladkach Tyle tylko, że synek stamtąd wychodził, a dziadek Jakub już wchodził Po drugiej strome rzeki, prawie niewidoczna w parującej wiklinie i w sadach, ciągnęła się wieś Stacha Stojąc w dwuszeregu, widzieliśmy, jak z koszar w asyście oficerów, w butach z cholewami, przy szabli, wychodzi szczupły, przypominający ogromnego ptaka, pułkownik Było to widoczne, chociaż te dwa żywe stworzenia nie były wiele większe od zerwanych jabłek I Hela też widocznie pomyślała tylko o tym i o owym, i jeszcze o tamtym, bo nie sięgnęła po moją rękę chodzącą koło niej, nie pociągnęła mnie za czuprynę, nie przechyliła mi głowy do jutrzni, żeby mnie pocałować i do krwi ugryźć w wargę Gdyby nie Pawełek, który widząc wychodzących z piwnicy kapitana i zugsfürera, wrzasnął: - Baczność! - docinkom nie byłoby końca